Jak wspomniałam w poprzednim poście w maju tego znów byliśmy na jakimś wyjeździe. Tak jak poprzednie nasze wyjazdy, tak i ten był z jakiejś okazji. Ten był aż z kilku okazji.
W naszej rodzinie maj jest „urodzinowy”, bo 1 maja świętujemy urodziny naszego syna, a 30 maja urodziny mojego męża. „Po drodze” jest jeszcze Dzień Matki, który w Niderlandach, jak i w wielu innych krajach oprócz Polski przypada ZAWSZE w II niedziele maja. Że już nie wspomnę lokalnych świąt podczas których wszyscy mamy wolne, takich jak Dzień Króla (Konings Dag), Dzień Wyzwolenia (Bevrijdingsdag) , Wniebowstąpienie (Hemelvaartsdag), czy drugi dzień Zielonych Świątków (Tweede Pinksterdag). Ogólnie w maju mamy dużo wolnego.
Nie mamy wprawdzie jak w Polsce narodowego wolnego 1,2 czy 3 maja ale przeważnie w tych dniach dzieci w szkołach mają tak zwane majowe wakacje. Zaczynają się one w okolicach Dnia Króla, czyli 27 kwietnia i trwają aż do około 5 maja, czyli do Dnia Wyzwolenia spod niemieckiej okupacji w 1945 roku. W tym roku Dzień Króla wypadł w sobotę, więc wakacje majowe zaczęły się dopiero w poniedziałek 29.04 i trwały aż do piątku 10.05 zaliczając po drodze święto Wniebowstąpienia, które wypada zawsze w czwartek (w tym roku 9.05) podobnie jak w Polsce czerwcowe Boże Ciało. Różnica pomiędzy chrześcijańskimi świętami w PL i NL jest taka, że w NL wolny jest dzień Wniebowstąpienia, natomiast w PL wolne jest w Boze Ciało.
Chciałam z dziećmi świętować urodziny syna i dzień matki właśnie w terminie od 8 do 12 maja, niestety okazało się że tylko ja mam piątek wolny od pracy. Po drugie – bardziej przyziemne – ceny zakwaterowania w tym okresie były już kosmiczne.
Zmieniliśmy więc termin naszego wyjazdu na weekend Zielonych Świątek (Pinksteren). I tu znowu jest troszkę inaczej niż w PL, bo w Niderlandach Zielone Świątki (Pinksteren) obchodzone jest przez dwa dni – czyli w niedzielę (Eerste Pinksterdag) i w poniedziałek (Tweede Pinksterdag). Zazwyczaj w poniedziałek otwarte są sklepy meblowe, ogrodnicze i budowlane. Podobnie zresztą jest w drugi dzień Wielkanocy czy Bożego Narodzenia.
Ale wracając do tematu. Znalazłam w miarę tani park wakacyjny z domkiem na 6 osób i pojechaliśmy – ja z mężem i najmłodszą córką naszym samochodem, najstarsza córka pociągiem z Arnhem, a syn z dziewczyną jego samochodem.
Pojechaliśmy do Zelandii, niedaleko miejsca, o którym opowiedziałam wam w TYM poście. Tym razem jednak mieszkaliśmy w domku nad wodą, troszkę daleko od morza:
Domek pełen wypas – 3 sypialnie, 2 łazienki, telewizor w salonie, kuchnia ze zmywarką, krzesła ogrodowe. Nawet pogoda nam dopisała, choć tak zupełnie bez deszczu się nie obyło jak to zwykle w Niderlandach bywa 😉
Kiedy nie padało to siadałam na tarasie i oddawałam się temu, co tygryski lubią najbardziej:
Jak widać na załączonym obrazku na drutach „siedzi” nowa robótka, a ja jeszcze nie pokazałam tego, co już wtedy miałam zrobione. Ale dojdę i do tego 😉
Wypad ogólnie mieliśmy udany. W sobotę rano zaliczyliśmy basen, a w niedzielę pojechaliśmy do Berkenhof Tropical Zoo, gdzie można podziwiać między innymi żółwie i papugi:
Takie „przyjemniaczki” też tam spotkaliśmy:

Podziwialiśmy też piękne kwiaty, głównie orchidee i mnóstwo różnokolorowych motyli:

Można było też przytulić takie zwierzątko:

Po takich atrakcjach pojechaliśmy nad morze na obiad, ale niestety zdjęć mnie mam, bo nie mogłam się ich doprosić od syna i córki… Tak bywa.
W poniedziałek trzeba było wracać. Niestety w tych wszystkich motelach, hotelach i innych noclegach jest tak, że trzeba je opuścić do godziny 10.00 lub 11.00 najpróżniej. Nie chciało mi sie wstawać o 7.00 i szykować śniadania a potem sprzątać w biegu, wymyśliłam więc ze pojedziemy na śniadanie do Zoutelande, do którego mieliśmy 30 minut drogi. Spakowaliśmy się więc i trzeba było pożegnać się z tym miejscem. Syn poszedł zdać klucze z domku, a my z mężem zrobiliśmy sobie jeszcze ostatnią fotkę na pożegnanie:

I tu właśnie musze wspomnieć o moim nowym udziergu, który na tym zdjęciu mam na sobie. Bluzeczka nazywa sie Summer de Tour, a o jej powstaniu będzie następny post.
W Zoutelande zjedliśmy śniadanie na tarasie nadmorskiej restauracji, wypiliśmy kawę i starsze towarzystwo zaczęło się zbierać, każde w swoją stronę. pakowali się we trojkę (syn, jego dziewczyna i nasza najstarsza córka) do jednego auta i wyruszyli najkrótszą drogą do Utrechtu, gdzie nasza corka miała złapać pociąg do Arnhem, a dziewczyna syna do Groningen.
Nam się aż tak bardzo nie spieszyło, obiecałam najmłodszej pokazać piękną plażę w Zoutelande:

Niestety jak na maj zrobiło się zimno i zaczął padać deszcz.
Wycieczka dobiegła końca.
Żegnaj Zelandio.